Idę powoli niemalże pustą ulicą, chwiejąc się delikatnie co
chwilę jakby bezwładnie. Średnio interesuje mnie to, że w tym momencie leje jak
z cebra, a ja jestem przemoczona do ostatniej suchej nitki. Odnoszę wrażenie,
iż płynę w nieznanym mi kierunku. Nie tonę. Ja…dryfuję. Bez żadnego, choćby
najmniejszego ustanku. Bezsilność przytłacza mnie na każdym kroku, gdy ja tylko
istnieję. Nawet nie można powiedzieć, że żyję. Tylko istnieję. Deszcz wypłoszył
stąd wszystkich, jedynie po prawej stronie biegnie jakaś kobieta w czerwonym
płaszczu. Przeskakuje szybko nad kałużami, nie chcąc pewnie pobrudzić sobie
ubrań, czy butów, choć mimowolnie i tak to robi. Jej rzucająca się w oczy
czarna parasolka w białe kropki ugina się lekko pod nadmiarem wody, ale w
pewnym stopniu daje brunetce ochronę. A może tylko się jej tak wydaje? Po
chwili kobieta w pędzie wskakuje do najbliższej kawiarni, gdy ja w tym czasie
siadam na mokrej, drewnianej ławce, stojącej w dość oddalonym miejscu. Obok
niej rośnie drzewo. Kasztan, rozpoznaję po liściach. Jest podobnie samotne jak
ja, choć nie wydaje się zbyt przejęte tym niemiłym faktem. Szybko rzucam
wzrokiem na okolicę i wzdycham cicho. W taką pogodę wszystko wygląda smutno.
Smutni ludzie, którzy zamiast cieszyć się dniem, uciekają czym prędzej. Smutny
park, bo w końcu kompletnie pusty. Nawet ta ławka, na której aktualnie siedzę,
bo oddalona od wszystkich restauracji, kafejek i knajp, gdzie przesiadują tylko
samotnicy, odważni na tyle by wyjść na dwór, ale już nie na tyle by dokończyć
spacer. Swoje kolana podciągam pod trochę zbyt długi, niesymetryczny do twarzy
podbródek, a oczy przymykam. Czuję krople deszczu, które spływają bezustannie
po mojej skórze. Słyszę cichy chlupot wody niedaleko mnie, otwieram oczy, po
czym zamykam je niemalże w tej samej sekundzie
-Cześć. –mówisz, a ja chcę udawać, że jestem niewidzialna.
–Liczę, że nie masz nic przeciwko, jeśli siądę obok. –zaczynasz mówić, nie
przerywając na choćby moment. –Nie muszę się odzywać, choć mogę, o ile nie
będziesz mieć mi tego za złe. –robisz pauzę, zapewne czekając na moją reakcję.
–Jestem Dean. –dodajesz jeszcze, po czym następuje irytujące mnie milczenie.
Masz przyjemny dla ucha głos. Ciepły, niezbyt wysoki, ale i nie za niski.
Wypuszczam niemal bezgłośnie powietrze z ust, jakby chcąc dać ci przyzwolenie
na kontynuowanie monologu.
-Julie. –odpowiadam cicho, po czym spoglądam na ciebie,
zakapturzonego prawie po czubek nosa. Uśmiechasz się automatycznie, a ja
zdziwiona nie odrywam od ciebie wzroku. Masz duże, brązowe oczy w oprawie wielu
kruczoczarnych, posklejanych od deszczu rzęs. Zachwycam się nimi na swój
sposób, choć widziałam przecież tylu mężczyzn o niesamowitych oczach. Robią ci
się przy nich zmarszczki, gdy się uśmiechasz. Dołeczki w czerwonych od zimna
policzkach też. Oprócz tego masz trochę zbyt krzaczaste brwi i dziwne znamię na
brodzie. Również mi się przyglądasz. Powiedziałabym, że z zaciekawieniem, bo
lustrujesz bez przerwy moją twarz. Milczymy. Wyglądasz na trzydzieści dwa, może
trzy lata. Chcę znów usłyszeć twój głos. Moje marzenie się spełnia.
-Czemu siedzisz tu sama?
Znów zapada cisza, bo nie wiem, co mam ci odpowiedzieć. Bo
przecież nie opowiada się pierwszemu napotkanemu człowiekowi swojej historii.
-Nie znam cię, więc nie licz na odpowiedź na to pytanie.
–rzucam, chyba dość ostro, bo też przestajesz mówić. Żałuję tego, bo dzięki
twoim słowom nie czuję otaczającego mnie zewsząd zimna.
-Zostańmy więc przyjaciółmi. –proponujesz, zbliżając się do
mnie o kilka centymetrów. Uśmiechasz się jak człowiek średnio zrównoważony psychicznie,
choć na to wrażenie może wpływać wypowiedziane przez ciebie zdanie. Wybucham
śmiechem, a ty chwilę po mnie.
-Jesteś nienormalny? –pytam, mimo że wydaje się to pytaniem
retorycznym.
-To ty siedzisz o szesnastej, cała zmarznięta, przemoknięta
i samotna na ławce. I to nawet nie w parku! –odpowiadasz szybko, dając mi do
myślenia. –Ślicznie się śmiejesz. –dodajesz jakby od niechcenia, a ja wciąż
milczę. Czuję na policzkach ciepło, zapewne się rumienię, choć przecież nie
powinnam. Nie takie komplementy dane mi było w pracy usłyszeć.
-Jak ty to sobie wyobrażasz? –zaczynam w końcu, mimo iż nie
widzę zniecierpliwienia w twoich oczach.
-Nie wiem. Niczego nie planuję. – mówisz tak naturalnie,
jakbyś opowiadał mi właśnie, co zjadłeś dziś na śniadanie. –Zaproszę cię do
siebie na herbatę. Dam ci pewnie jakiś koc. Przegadamy kilka godzin. Poznasz
mnie, a może i ja ciebie. –urywasz na chwilę. –Jeśli pozwolisz, rzecz jasna.
Spoglądam na ciebie nieufnie, wciąż bijąc się z własnymi
myślami. Nie wyglądasz na człowieka o złych zamiarach, czy pragnącego szybkiego
numerku z dziewczyną spotkaną na ulicy, czy w jakimkolwiek innym miejscu.
Oddycham dość płytko, w przeciwieństwie do ciebie. Wydajesz się kompletnie
spokojnym i pewnym swoich słów. Wstajesz nagle z ławki, po czym wyciągasz w
moim kierunku dłoń.
-Boisz się mnie? –pytasz, marszcząc jednocześnie ciemne
brwi. Stawiam znów stopy na zimnym podłożu, a następnie podaję ci swoją drobną
dłoń. Gdy spostrzegam, że przyglądasz się jej przez chwilę, chcę ją zabrać.
Znów patrzysz mi w oczy, uśmiechasz się, a ja wstaję i ponownie milczymy.
Idziemy kilka metrów, po czym zdejmujesz swoją czarną kurtkę. Spoglądam na
ciebie zdziwiona i protestuję, gdy mi ją zakładasz. Jesteś cholernie stanowczy
i najwidoczniej nie masz najmniejszego zamiaru przyjąć mojego sprzeciwu.
-Czemu to zrobiłeś? –przerywam ciszę, a ty zaczynasz się
śmiać. Nie rozumiem ani ciebie, ani twoich reakcji, czy zachowań.
-Tak robią przyjaciele, prawda? –odpowiadasz pytaniem na
pytanie, a ja znów widzę charakterystyczne dołeczki w twoich policzkach.
-Nie chodzi mi tylko o kurtkę. –urywam cicho, spoglądając na
ciebie. Kąciki twoich ust na sekundę unoszą się lekko, po czym opadają na swoje
miejsce. Wpatrujesz się w coś przed sobą. Pozostają tylko…niedopowiedzenia.
Tak jakby wróciłam, choć nie wiem na ile, i czy na pewno.
Średnio ostatnio idzie mi z pisaniem, obniżyłam dość mocno loty. Nie jestem w stanie obiecać, że niedługo wstawię tu kolejną część tego opowiadania. Nie mogę też określić jego dokładnej długości, wciąż jest w trakcie leżakowania w moim folderze, sporo niedokładności, kilka części jest na kartkach, które wypadałoby w końcu przepisać, by stworzyły względną całość.
Tęsknię za publikowaniem, więc proszę, jest coś, co można wrzucić na bloga. Pozostawiam Wam to do oceny i pozdrawiam gorąco!
Uwielbiam. Po prostu. Nie zgadzam się z tym całym "obniżeniem lotów" i w ogóle. Jak dla mnie idealne. No i czekam na więcej. :)
OdpowiedzUsuńZgadzam się z przedmówczynią, o żadnym obniżaniu lotów nie ma mowy, bo jak zwykle potrafisz przykuć mnie do ekranu swoją historią. Jest nastrojowo, troszkę tajemniczo, subtelnie zmysłowo. Pokazujesz, jak bardzo nieraz człowiek jest samotny w tłumie innych ludzi, jak czasami przedmioty, o których nie myślimy, sądzimy, że po prostu są i nie poświęcamy im zbytnio uwagi, potrafią też stanowić istotne tło dla zdarzeń.
OdpowiedzUsuńHmmm, chyba się wczułam:) Informuj o nowościach:)
Wreszcie opublikowałaś :> Nie mogę się doczekać drugiego rozdziału
OdpowiedzUsuńWreszcie udało mi się znaleźć chwilę na przeczytanie tego rozdziału.
OdpowiedzUsuńCiekawy, zachęcający, klimatyczny. Co jeszcze? Przede wszystkim zapowiada się obiecująco. Spodobało mi się również to w jaki sposób główna bohaterka (jak sądzę) opisuje w myślach to co dostrzega u Deana. Czekam na dalszą część :)
K.